Choć planując wyjazd na Kretę w połowie maja martwiliśmy się o pogodę, Grecja przywitała nas słońcem i idealną temperaturą – ani za gorąco, ani za chłodno, po prostu perfekcyjnie. Zatrzymaliśmy się w hotelu Caldera Village w Ag. Marina, z którego rozciągał się piękny widok na morze, a do tawern i plaży mieliśmy zaledwie kilka kroków. Idealne miejsce na leniwe poranki i romantyczne zachody słońca.
Na Kretę polecieliśmy… na greckiego kebaba – taki był nasz żart przed wyjazdem, ale szybko okazało się, że ta wyspa oferuje o wiele więcej niż tylko pyszne jedzenie (choć najlepsze lody zjedliśmy u Ice Queen w Platanias – absolutnie warto!).
Największe wrażenie zrobiła na nas wycieczka do laguny Balos – jej turkusowa woda wyglądała jak z pocztówki. Z kolei wąwóz Samaria dał nam w kość: 17 kilometrów pieszo, ale każdy krok był tego wart. Kreta to wyspa pełna nie tylko niesamowitych krajobrazów, ale i… kotów oraz kóz, które spotykaliśmy dosłownie wszędzie. Nawet na plaży Seitan Limania, gdzie warto zejść tylko w porządnych butach – i koniecznie z warzywami dla kóz, które tylko czekają na przekąskę.
Nie mieliśmy żadnych problemów z wypożyczeniem samochodu – dzięki temu dotarliśmy do jeziora Kournas, gdzie oprócz pięknych widoków udało nam się wypatrzyć żółwie. A gdy chcieliśmy poczuć miejski klimat, wskakiwaliśmy w autobus i jechaliśmy do Chanii – urokliwego miasta z wenecką przeszłością, idealnego na wieczorne spacery i poznawanie greckiej historii.
Kreta urzekła nas swoją różnorodnością – od dzikich plaż, przez górskie szlaki, po przyjaznych mieszkańców i pyszną kuchnię. To była nasza mała grecka przygoda, która z pewnością zostanie z nami na długo. A kolor wody – ten niesamowity, nierealny błękit – na zawsze zostanie w naszej pamięci.
Wpis powstał w ramach KONKURSU „GRECJA WASZYM OKIEM”, edycja 2025 i zdobył wyróżnienie!
Zobacz inne wpisy naszych czytelników-podróżników, które zdobyły wyróżnienie lub nagrodę główną.
















