Stojak na choinkę, (koniecznie żywą) wylądował tuż za rowerem w maleńkiej piwnicy. Pogoda za oknem jakoś nie może się nadal zdecydować, czy zaskoczyć śnieżycą, czy pozwolić jednak na rozkwit pąków pierwszych roślin i ustąpić miejsca pani wiośnie. W poszukiwaniu słonecznych promieni postanawiamy polecieć na Cypr! Z opracowanym planem w głowie i tradycyjnym papierowym przewodnikiem w dłoni lądujemy w Pafos.
Słońce i ciepły wiatr
Od razu wiatr nadaje moim włosom ciekawy kształt, zrzucam bluzę na rzecz zwiewnej koszulki, by łapać tak cenne promienie słońca. Trafiamy do uroczego hotelu, gdzie o swojej gościnności daje znać pierwsza napotkana osoba. Kalimera otwiera serce miłej Pani i dostajemy przestronną wygodną suitę z widokiem na morze. Jeszcze nie wiem, że zobaczę najpiękniejszy zachód słońca w życiu. Sałatka grecka podbija nasze podniebienia, a tuż nad basenem raczymy się tradycyjną cypryjską kawą, która zaparzana jest w specjalnym naczyniu zwanym briki.
Zwiedzanie rozpoczniemy od słynnej Skały Afrodyty, na którą bez trudu dostaniemy się małym zielonym wariatem, czyli autem z wypożyczalni. To na Cyprze właśnie miała przyjść na świat słynna bogini. Oczami wyobraźni widzę, jak wynurza się z morskiej piany, by na zawsze stać się symbolem miłości, piękna, kwiatów, pożądania i płodności. Jeszcze tylko schłodzimy nieco ciała pod tunelem, który wiedzie na słynną plażę i wraz z innymi turystami będziemy mogli napawać wzrok niezwykłym widokiem.
Skałę mogliśmy także podziwiać z lotu ptaka lecąc nisko nad wyspą. Dodatkowym atutem plaży jest jej dzikość, próżno na niej szukać budek z napojami czy leżaków. Można w zamian za to obcować z naturą, dosłownie. Położyć się na drobnych kamyczkach, zamknąć powieki i pozwolić, by wiatr smagał nas po twarzy, a promienie słońca generowały tak pożądaną witaminę D. W czasie, kiedy pochłonął mnie Morfeusz moja młodsza Latorośl akwarelami uwieczniła pejzaż, na którym niebo tańczy z wodą. Na szczęście paleta obejmowała wiele odcieni niebieskiego od błękitu, poprzez turkus, kobalt, lazur, na indygo i ultramarynie skończywszy. Wyszło…pięknie!
Zwiedzanie w błękitach
Następnie udaliśmy się na południowe wybrzeże wyspy, do słynnego kurortu Limassol, gdzie z pobliskich tawern rozbrzmiewała skoczna muzyka, nasze nozdrza drażniły zapachy lokalnych przysmaków, a serdeczne gesty kelnerów, zachęcały, by poczuć klimat w jednej z knajp. By przywołać nieco Grecji, którą tak kochamy i mieliśmy okazję zwiedzać z Grecosem, decydujemy się na musakę, króla serów czyli halloumi oraz koupepia (cypryjską wersję gołąbków). Całości dopełniła przesłodka i przepyszna, ociekająca miodem baklawa i do tego dobrze schłodzone złociste Keo (słynne, cypryjskie piwo).
Zmęczeni zwiedzaniem, smakowaniem i eksplorowaniem nowego kierunku zasiedliśmy na naszym hotelowym balkonie, z którego rozpościerał się widok na morze. Nie byliśmy osamotnieni, znamy przepis na romantyczny wieczór: cykające cykady, które zastępują najlepszą muzykę, różowe wino zakupione w lokalnej winnicy i ten widok. Cypryjski zachód słońca to połączenie ognistej pomarańczy z intensywną żółcią, niedającym dojść do głosu jasnym fioletem, wreszcie złotem łączącym się z lazurową wodą. Zamykam wtedy powieki, by obraz ten zatrzymać na zawsze.
Każdy dzień to nowa przygoda
Skoro świt po lekkim śniadaniu, zorganizowaną grupą i nieco może zdezelowaną Setrą ruszamy do wioski Omodos. Stado krów wymusza przerwę na kierowcy niczym najdokładniejszy tachograf, wieś żyje swoim tempem. W pierwszym klasztorze zapalam świecę w intencji kolejnych szczęśliwych destynacji i zakupuję u mnichów miętę, a jej zapach do dzisiaj przywołuje we mnie żywe wspomnienia. Chłód murów daje wytchnienie od upału, a nastrój wnętrza zmusza do niejednej refleksji. W samym sercu magicznego Omodos pełnego kolorowych drewnianych drzwi i okiennic, straganów z lokalnymi wyrobami poszukuję słynnego chleba, wypiekanego ze sfermentowanej ciecierzycy i mąki z dodatkiem imbiru. Jest lekko słodkawy, przypomina nieco polską chałkę. Siadamy w towarzystwie rudo-czarnego kota i dosłownie opychamy się chlebem. Niepostrzeżenie dołączają inni futrzaści przyjaciele, bynajmniej nie na obrażonych łapach, jak pisała nasza Noblistka. Spokojne życie wsi, jej niespieszność zabieramy w drogę powrotną.
Kolejny wieczór spędzamy w Pafos, siedzimy w tawernie na świeżym powietrzu, na drewnianych krzesłach o żywym niebieskim kolorze, cerata w niebiesko-białą kratę tańczy z wiatrem, a my raczymy się meze i lekkim winem Commandaria. W dłoniach dzierżymy już cztery bilety na mecz FC Pafos, gardła zedrzemy kibicując…Cypryjczykom. Paafos-Paafos!
Z głowami pełnymi wspomnień, pamięcią telefonu zapełnioną niezapomnianymi kadrami, z sercem zajętym przez tę uroczą wyspę, z nowymi smakami, butelką wina, słojem miodu, torebeczką aromatycznej mięty i obowiązkowym magnesem na lodówkę oraz złocistą opalenizną wsiadamy na pokład samolotu. Zapinamy pasy, czas startować. Tam z góry raz jeszcze rzucę okiem na piękną Afrodytę, a z jej darów zamierzam na co dzień czerpać!
Wpis powstał w ramach KONKURSU „GRECJA WASZYM OKIEM”, edycja 2025 i zdobył wyróżnienie!
Zobacz inne wpisy naszych czytelników-podróżników, które zdobyły wyróżnienie lub nagrodę główną.









